Jak skończyć to co zaczęliśmy?

0

Z każdą rzeczą/sprawą/wyścigiem/przedsięwzięciem/projektem jest tak, że możesz coś albo skończyć lub najnormalniej w świecie obsrać się. Sprawa jest zatem banalnie prosta jak drut pod warunkiem, że jest prosty.

Wszyscy lubimy zaczynać i wszyscy lubimy kończyć. Ukończenie czegoś jest nieraz uczuciem jak ręką odjął. Coś mamy z głowy więc od razu robi się luźniej i przyjemniej. Tylko, że to kończenie bywa czasem uporczywe – albo się przeciąga, albo mamy czegoś dosyć, albo tracimy zapał.

Fotka pochodzi z mojego dotąd najcięższego zmagania jakim było UMUK. Myślę, że jest kwintesencją i zarazem największą lekcją jaką można wyciągnąć z tych zawodów. 

Nie lubię, gdy sprawy się przeciągają, idą nie po mojej myśli i natrafiam na przeszkody  – chyba Ty też tego nie lubisz, ale taka jest ta nasza rzeczywistość. U mnie pierwsza załamka pojawia się zazwyczaj w połowie trasy/roboty. Rozbabrane jest wszystko na maxa, trzeba to tylko się ułożyć i szybko dokończyć. Przedsięwzięcie zazwyczaj nie jest wcale trudne, ale ciężko pozostać skoncentrowanym, gdy nie po prostu pojawia się ściana zmęczenia tematem. Skąd ten opór w mordę jeża Panie Ferdku – rzekłby starty dobry Pan Boczek?

Wniosek jest prosty, że wbrew pozorom nie napotykamy na ściany tylko na maratonach biegowych, rowerowych, ale również w życiu codziennym. To z kolei jak i czy kończymy świadczy o nas samych.  Tak też miałem w ostatnią sobotę podczas wyścigu/przejazdu na 200km. Nazywam to wyścigo-przejazdem, gdyż zamysł tej imprezy to po prostu trening przed większym dystansem. Niby nikt się nie ściga, ale jednak wyciska z siebie wszystko. Od razu nasuwa mi się myśl, że wszystko co robimy w życiu to trening i zdobywanie doświadczenia przed czymś wielkim. Czy zatem nasz każdy pojedynczy dzień, projekt to trening przed czymś wielkim? Raczej tak, ale pójść można do przodu tylko jeśli się coś kończy.

Przez pierwsze 50km miałem średnią 35km/h i prowadziłem peleton na zmianę z jednym z zawodników. Czułem się świetnie i cieszyłem się słysząc z tyłu w peletonie zadowolenie innych, że mamy ładną średnią. Faktycznie zmęczenia nie czułem i miałem wrażenie, że trasa leci i jest przysłowiowy Ogień z Dupy. To był mój najlepszy kompan do jazdy jak do tej pory. Problem jednak w tym, że pominęliśmy przez przypadek, nie zatrzymaliśmy się na punkcie kontrolnym. Kiedy się zorientowaliśmy, że przelecieliśmy pierwszy punkt ja zdecydowałem się nie wracać i nie nadrabiać,  bo mimo wszystko obiecałem w domu, że będę szybko z powrotem. Peleton poleciał, część wróciła, a ja zostałem sam.

Zaczęły się problemy  z oponą z której zeszło powietrze. Na szczęście jechała ekipa foto/wideo, która pożyczyła mi pompkę. Później na 10km przed punktem kontrolnym w połowie trasy znowu jechałem na kapciu. Jazda na kapciu naprawdę kosztuje wiele siły.. Na punkcie kontrolnym trochę się podpompowałem i wziąłem kanapki specjalne dla StrąkMana (na oliwie z warzywami – bardzo dziękuję i ukłony dla szanownych Organizatorów). Popatrzyłem na rower i pomyślałem, że nie jest mi potrzebna zmiana dętki i pomknąłem. Od 120km znowu na kapciu, a zapasu i pompki nie miałem. Doczołgałem się na punkt kontrolny na 135km i właśnie myślałem jak zapakować się do pociągu i ukończyć tę męczarnię. Podjechałbym elegancko transportem na metę i zakończyłbym zabawę z tym dyskomfortem..

Zatem docieramy znowu do połowy projektu i najchętniej wybralibyśmy drogę na skróty. Tracisz motywację i jesteś przekonany/a, że to najlepsze wyjście zakończyć w danym punkcie. To z pewnością nie zaboli. Tu jest właśnie miejsce żeby zadać sobie bardzo pytanie:

Skąd wziąć ponownie motywację i lecieć dalej

Tak naprawdę w zeszły weekend bardzo chciałem ukończyć całą przejażdżkę w całości tylko standardowo szukałem wymówek żeby mieć usprawiedliwienie przed sobą i czuć się później OK z tym, że tego nie ukończyłem. Olałem czas przejazdu i moje chore ambicje, żeby jechać na maxa. To jakimi jesteśmy ludźmi i na co nas stać zawsze poznajemy w trudnych sytuacjach.

Wiedziałem podświadomie, że jak już nie dojadę do mety to będę czuł się fatalnie ze swoją decyzją. Zwłaszcza kilka dni później. Wystarczy tylko zawsze się zebrać i poświęcić temu co robimy.

Zastanowiłem się jeszcze dlaczego chciałem skończyć? Chciałem wiedzieć w jakiej jestem formie fizycznej i psychicznej jestem. Chciałem przecież poczuć się pewniej przed ważnymi startami w tym roku – to sprawiło, że mimo iż „doczłapałem” to wiem, że w tym sezonie będzie lepiej.

Do przodu

Szybko znalazła się pompka (dziękuję! – mimo, że tylko raz jej użyłem to było to krytyczne pompowanie). To mnie bardzo pozytywnie wzmocniło, bo zostało raptem 70km. Zawsze warto pogodzić się z rzeczywistością i małymi kroczkami iść do przodu, choćby pompować trzeba było nawet 10 razy. Następnym razem jak trzeba będzie to napompuję oponę 77 razy i przebaczę światu, że jest jaki jest.

Udało się nie zatrzymać do 190km. Wiem, że większość tego odcinka przejechałem na flaku, ale za to z fajną grupką, która w zeszłym roku zaliczyła jeden z moich wymarzonych wyścigów Bałtyk – Bieszczady – 1008km. Dopompowałem się dopiero parę kilometrów przed metą, kiedy już myślałem, że nie mam kompletnie energii. Dojechał mnie akurat mój kompan z którym tak kozacko ciągnęliśmy peleton. Zgodziliśmy się razem wjeżdżając na metę, że szkoda że się rozdzieliliśmy. Następnym razem będzie na pewno lepiej.

Moje ulubione żeglarskie powiedzenie brzmi  ”Im szybciej płyniesz tym szybciej płyniesz”. Czuję w nim przesłanie, które dziś bardziej wskazuje żeby pogrążyć się w tym co robimy. Najlepiej jeśli robi się to z uśmiechem, a nie chorymi ambicjami. Ja mam ten problem, że nie zawsze akceptuję rzeczywistość i nie chcę przyjmować tego co przynosi mi życie.  Zazwyczaj chcę być dalej, robić coś inaczej i fajniej. To buduje we mnie dodatkowy stres, który zabiera radość. Na szczęście trafiają się takie dni Brevetowe, które działają jak lekarstwo i pozwalają spojrzeć na siebie i swoją działalność z dystansem. Trudne chwile potrafią być lekarstwem jeśli umie się z nich wyciągnąć odpowiednie wnioski.   

#Dojechałem #Skończyłem #Przyżyłem to #Zmieniam sie #Wiem #Doświadczam #HAPPY

 – niech żyje radość z kończenia i tworzenia samego siebie!

(Visited 130 times, 1 visits today)

About author

Adam Sułowski

Adam Sułowski to Ultra Triathlonista, Organizator Hunt Run - Polowanie na Biegaczy, autor Ultra Kukbuk StrąkMan'a i Time 2 Tri i przede wszystkim StrąkMan. Moim celem numer jeden jest wyścig na dystansie UltraMan - 10km pływania, 421km jazdy na rowerze, 84km biegu. Planem numer jeden są Mistrzowstwa Świata UltraMan na Hawajach. Misją jest znalezienie balansu w życiu między tym co nierealne i osiągalne poprzez przemierzanie drogi z punktu A do punktu B. Coraz częściej dostrzegam jednak, że: "Sztuka życia polega na tym by cieszyć małym, a wytrzymywać najgorsze." W.H. Double IronMan Finisher - 7,6km pływania + 360km jazdy na rowerze (avs 31,1km/h) + 84km bieganie - 23h53min! UMUK Finisher- 10km pływania + 421km jazdy na rowerze + 84 bieganie

No comments

Przeczytaj także

Vega One

VEGA ONE – Recenzja

Czym jest Vega ONE? Jak to się je i po co to komu? Trudne a zarazem łatwe pytanie. Produkt przeznaczony jest dla każdego począwszy od ...
0

Your Cart