Niecodzienne Dzienniki z Tajlandii

0
PHIPHI

Zamysł dzienników jest prosty. Będę pisał tutaj szybkie „strzały” i przemyślenia jakie napadają mnie co jakiś czas. Żeby nie robić śmietnika na blogu i zostawić porządeczek postanowiłem, że wszystko będzie w jednym wpisie „ponumerowane” datami. Najwyżej zawsze będzie najświeższy wpis. Jeśli jesteś tu pierwszy raz to zacznij od czytać od samego posty od samego dołu. Jak zakończę pisanie dziennika to wszystko odwrócę do góry nogami żeby było książkowo. Czytaj poniżej co ma ma dusza na codzień krzyczy (smile!)

PHIPHI

Moja Pierwsza walka na ringu.
Na dzień dobry powiem, że Muay Thai to kawał dobrego tematu. Można się w to łatwo wciągnąć. Chciałem bardzo wskoczyć na ring chociaż raz jeden w życiu i to zrobiłem. Fakt, że udało się to zrobić w Tajlandii to już w ogóle jest mega. Wow dobry temat. Chyba bardziej stresowałem się tylko przed pierwszym UltraMan’em.
Na szczęście wychodząc na ring nie czułem się jak drewno. Miła atmosfera, w przerwach między rundami głośna muzyka i był luz. 100 razy gorsze drewno byłem jak wychodziłem na kort do squasha na turnieju czy mecz tenisa stołowego. Wtedy miałem zanik 50% swoich umiejętności. Tutaj super atmosfera przed. Fajne społeczność Ci fajterzy – jedni uczyli mnie przed walką jak blokować kopnięcia, inni pokazywali różne serie uderzeń, które łatwo wykonać. Chłonąłem wszystko jak gąbka i może dlatego w miarę łatwo było wyjść na ring i pokazać co się umie (bo nie umiałem prawie nic).
Tutaj nie można stać jak kołek, bo za bycie kołkiem dostaje się wpierdol ;-). To fajne, że trzeba uderzać i że widzisz łeb przeciwnika i wiesz, że musisz wyprowadzać ciosy. Bardzo się zdziwiłem, że łeb w drugiej rundzie przeciwnika odskakiwał prawie za każdym razem jak uderzałem – w przerwie pokazał mi to jakiś gość tłumacząc co jest do poprawy. Gorzej tylko jak przeciwnik wyjeżdżał z swoją siłą i masą. Wtedy czas zwalniał i rundy wydawały się długie..
Co jeszcze..? przez lata uprawiania sportu udzielił mi się dobry nawyk skakanie na nogach przez co byłem bardziej ruchliwy. Mam nawet sporą szybkość. Mówi się, że pływacy nie szybkości w rękach, widać nie jestem pływakiem hahaha. Z drugiej strony mówi się też, że biali nie potrafią skakać. Na zdjęciu widać, że biali potrafią za to kopać
20 marca 2016, Ko Phi Phi Islands

SAMSUNG CSC

Jesteś podróżnikiem czy sportowcem?

Zamki na Piasku

*Na zdjęciu – 6:00 rano przed treningiem jem świeżo grillowane banany, to jest Prachuap o którym poczytasz dalej..

W mych słuchawkach leci przez dłuższy już czas jedna nuta: „Zamki na piasku”. Od paru miesięcy dzień w dzień. Myślę, że jest bardzo adekwatna do mojej decyzyjności apropo tego co chciałbym w tym roku osiągnąć. Im dłużej to trwa tym gorzej :-)

Są dwie opcje. Pierwsza taka, że 27 marca kiedy skończy mi się kontrakt na mieszkanie na Phuket wsiadam na rower i jeżdżę w ten gorąc po całej Tajlandii – odwiedzam wszystko co chciałem i realizuję cały mój plan, który zrobiłem przed wyjazdem. Bardzo chciałbym zjechać do Malezji. Później wracając zahaczyłbym o Krabi. Później pojechałbym na Koh Phangan na Full Moon Party. Następnie pokierowałbym się w stronę Prachup’a – miejscowość, którą wszyscy z poprzedniej podróży wspominamy jako jedno z fajniejszych miejsc w których byliśmy w Tajlandii – fajny tani hotel przy plaży. Piękny widok z balkonu na góry na wodzie, a obok bazarek z świeżymi owocami i warzywami. Prawie zostaliśmy tam kilka dni, ale ja zacząłem gadać, że trzeba jechać, bo ja już mam za dużo komfortu z siedzenia na dupie. Dalej pojechałbym znowu na północ – tako ooo, pojeździć po górach. Kimnąłbym się w świątyni buddyjskiej, rozpalił ognisko na plaży, trochę się pobimbał, spał codziennie po 6h i znowu jechał jak szczęśliwy robot do robienia kilometrów. Na koniec spróbowałbym tego Bangkoku jeszcze raz.

No właśnie, ten komfort o którym te Mędraki odpalające gadki motywacyjne tak często pitolą aż rzygać się chce. Ja tego komforta muszę mieć na niskim poziomie. Dlatego lubię robić kilka rzeczy na raz przez co wychodzi z wielu rzeczy kupa.

No i tak siedzę sobie w pokojo-sypialnii w raju na Phuket w Tajlandii. Ze wszystkiego zdaję sobie sprawę, dupa przyjemnie wrasta w stołek bez oparcia. Chodzą mi po głowie cały czas myśli, że nie warto dymać tym rowerem, że nie nadążę z regeneracją, że będzie lipa z bieganiem, a o pływaniu już nie wspomnę. Między innymi dlatego, że mało biegałem i prawie nie pływałem w zeszłym roku podczas podróży zająłem tylko 5te miejsce na PŚ w Słoweni, mimo, że po rowerze byłem 2gi z dużą przewagą nad resztą.. (smuteczek) Może gdyby to wyważył w podróży to z kolei nie przywaliłbym tak  mocnego roweru (przyp. 31,1km/h na 360km). Jestem sobie takim „pionkiem w grze”, bo chciałbym sobie podróżować i trenować, ale to nie idzie w parze..

Wiesz.. lepiej naprawdę dla poziomu sportowego siedzieć w miejscu na dupie. Rano zrobisz 4h roweru, później siedzisz 5-6h pod klimą, jesz regularnie i wypoczywasz. Wychodzisz wieczorem na bieganie i jesteś w stanie przywalić solidny trening biegowy czy zakładkę pływanie + bieganie – wtedy jesteś „kółkiem w maszynie”. Zapasy jedzenia masz pod ręką, nie martwisz się o to, że najpierw musisz znaleźć kimę, wprowadzić rower, zrobić zakupy, zjeść, później się wykąpać, później chwilę popracować, później zjeść i znowu ładować się treningiem. Na koniec dnia znowu zjeść, wysłać maile, pozmywać i przyszykować się do odlotu drugiego dnia, bo o 5:00 trzeba wstać, zjeść, dopakować, zatankować wodę, a o 6:00 siedzieć na siodełku żeby do 11, maks do 12:00 opierniczyć 100-150km. Później robi się hardcore. 

W podróży jednak „żyjesz w zamkach pośród chmur, nie chcąc wiedzieć ani czuć dokąd zmierzasz”. W podróży widzisz dużo więcej, nie marnujesz czasu siedząc na dupie i odpoczywając – to jara mnie najbardziej. W każdym innym przypadku wciąż jestem w miejscu, ale za to progres jest gdzie indziej i niestety wtedy tylko można coś osiągnąć. 

Tak sobie myślę, wróciłbym do Chiang Mai, siadł znowu w przyjemnym apartamencie, jeździł, biegał, pływał. Pokój miałbym tani – 500zl za miesiąc i byłbym: sportowiec- fest gość. Wszystko miałbym podopinane na ostatni guzik, a martwiłbym się tylko o zasoby mego spichlerza z owocami i szybkość internetu. 

Podróżnik, czy sportowiec? – kurwa nie wiem.. być tu mądry

13 marca 2016, Phuket

Kaloryfer nieba – regeneracja

Uff odetchnąłem dzisiaj z ulgą. Przez cały tydzień budziłem się przemęczony. Już se myślałem noż kury zapiał znowu przegiąłem z treningami! Tak sobie myślałem, że nie było tego wcale tak dużo w zeszłym tygodniu raptem – 20h, prawie jak splunąć (żart ;-)). Miałem tylko siłę z rana w poniedziałek, ale całą niedzielę przespałem, bo zeszły tydzień też wypompowany byłem non stop. Już se myślałem – może coś za mało tego słodkiego mango i bananów jabłkowych? No, ale żrę jak dzik, wyglądam też już podobno coraz bardziej jak dzik, więc, DLACZEGO!!!!!!!!!!!!! krzyczał głos w mojej głowie. Zacząłem myśleć, że znowu nie rozumiem tego triathlonu, regeneracji i życia. 

W poniedziałek zacząłem od niby Phuket Challenge – czyli rowerem dookoła Phuket. Wyjechałem o 7:00 (w następnym tygodniu wyjadę o 6:00 żeby w chłodzie trochę więcej pojeździć) i się pogubiłem – 4h jednak w siodle było i 2tys metrów przewyższeń, bo leciałem coast’em – pionowe ściany, jazda fest aż bolą mięśnie brzucha. Wróciłem, zjadłem śniadanie z 10 bananów i wora ryżu. Wypiłem mrożoną kawę, lód przesypałem do woreczków plastikowych i obłożyłem się resztkami lodu na nogach. Tak se siedziałem i pracowałem przy kompie. W pokoju 32 stopnie. Po plecach płynie wodospad. Zacząłem włączać klimę raz na jakiś czas żeby pracować w jako tako przyjaznym środowisku. Lepiej..
 
Wieczorami chłodzenie przed snem, zaślepki na oczy klima off i budziłem się każdej nocy. Znowu gorąco i nieprzyjemnie. Chwila chłodzenia i dalej spanie. Każdego ranka do wczoraj budziłem się połamany i słaby – czułem mocne zmęczenie. Nie miałem siły na poranny trening. Siadałem najpierw do śniadania i kompa ze zwieszoną głową w dół i później ruszałem zrobić jakąś jednostkę na średniej niestety jakości zanim zrobi się upał.
 
Wieczorki, czyli tak 17:00 było zawsze lepiej – jeździłem i biegałem już w dobrym tempie. Ogólnie to tak dla jasności o 18:30 w Tajlandii robi się ciemno. Rano jasno robi się koło 6:30.
 
Znowu zastanawiałem się czy nie oram wieczorami za bardzo i czy mnie nie muli z rana z tegoż właśnie powodu. Źle mnie z tym tak było, że zacząłem gadać z mędrcami tego świata, których mam na wyciągnięcie ręki. Noi mędraki solidarnie mówio – wysoka temperatura drogi Adamie może spowalniać Twoje recovery. Nawet podczas snu. Se myśle, no tak przecie wieczorem lekarze zalecajo żeby spać w pokoju o temperaturze czilowej.
 
No to pomyślałem, że zabije to cholerne ciepło, które żyć mi nie daje. Wypowiedziałem magiczne zaklęcie przed wieczorem: „Niech się ogień w dupie schowa, niechaj zimno całuje me lica całą noc.”
 
Zaklęcie zadziałało, a klima chodziła 3/4 nocy. Jakież ogarnęło mnie wniebowzięcie gdy rano się obudziłem i znowu czułem się jak człowiek, a nie mumia nie kojarząca co się dzieje wokół mego czerepu. Wiesz jak się zdziwiłem że było dobrze? BARDZO (śmiech), bo wczoraj jeździłem dość mocną czasówkie na rowerze z zakładką na 8km biegu – raczej tempo średnie, bo nie stękałem, ale czułem, że biegnie się szybko i fajnie – zawsze fajnie biega mi się wieczorem gdy jest ciepło, a ja mam goły i upocony tors i przecinanie powietrza powoduje uczucie chłodku. Mniemam, że takie samo uczucie towarzyszy Kubusiowi Puchatekowi gdy wcina garnek miodku.
Antonio Morales tej opowieści
Ale, ale, morał opowieści jest taki, że faktycznie Rajlandia w miesiącach marzec i kwiecień daje popalić – nie narzekam. Jak przyjdzie Wam startować w ciepłych krajach to zawsze bierzcie pokój z klimą, bo sam start przed startem będzie zwalony. Zwłaszcza jak będziecie startować w UltraManie na Hawajach, gdzie impreza trwa 3 dni..
Niech żyje dobre samopoczucie! Można orać dalej! 
* Nie korzystałem z klimy bo nie lubię jak coś 😉
11 marca 2016, Phuket

About author

Adam Sułowski

Adam Sułowski to Ultra Triathlonista, Organizator Hunt Run - Polowanie na Biegaczy, autor Ultra Kukbuk StrąkMan'a i Time 2 Tri i przede wszystkim StrąkMan. Moim celem numer jeden jest wyścig na dystansie UltraMan - 10km pływania, 421km jazdy na rowerze, 84km biegu. Planem numer jeden są Mistrzowstwa Świata UltraMan na Hawajach. Misją jest znalezienie balansu w życiu między tym co nierealne i osiągalne poprzez przemierzanie drogi z punktu A do punktu B. Coraz częściej dostrzegam jednak, że: "Sztuka życia polega na tym by cieszyć małym, a wytrzymywać najgorsze." W.H. Double IronMan Finisher - 7,6km pływania + 360km jazdy na rowerze (avs 31,1km/h) + 84km bieganie - 23h53min! UMUK Finisher- 10km pływania + 421km jazdy na rowerze + 84 bieganie

No comments

Przeczytaj także

dsc_0656

„Ukryta Siła” – recenzja

Każdy ma jakieś postanowienie, tylko w nim trwać oto najtrudniejsza rzecz. W niektórych przypadkach potrafi ono odmienić całe życie, a w innych być „chwilą ulotną” ...